RAZEM #CZERWIEC2015


Żyć pełnią życia - tak łatwo powtórzyć ten znany wszystkim slogan, a tak niewielu z nas może się pod nim podpisać... Smutne, ale bardzo często nie spędzamy naszego czasu (a inny nie będzie nam dany - żyjemy tylko raz - też prosty slogan, a tak trudny do zapamiętania!) aktywnie, świadomie, odważnie...

Choć nie każdy z nas ma te same możliwości, nie każdy na wakacje pojedzie pić dobre wino w Porto, nie każdy zawrze trzy małżeństwa i rozwali na słupie nowe Maserati, jednak absolutnie każdy powinien żyć na 100 % własnych możliwości. 
Za każdym razem, kiedy czuję, że dzień przecieka mi przez palce, a ostatni miesiąc był żmudnie prowadzoną egzystencją od weekendu do weekendu, przypomina mi się wiersz naszej noblistki:

Nic dwa razy się nie zdarza 
i nie zdarzy. Z tej przyczyny 
zrodziliśmy się bez wprawy 
i pomrzemy bez rutyny. 
(...)

Żaden dzień się nie powtórzy, 
nie ma dwóch podobnych nocy, 
dwóch tych samych pocałunków, 
dwóch jednakich spojrzeń w oczy. 
(...) 

Czemu ty się, zła godzino, 
z niepotrzebnym mieszasz lękiem? 
Jesteś - a więc musisz minąć. 
Miniesz - a więc to jest piękne. 
(...)

Czytając, a właściwie recytując pod nosem, bo znam te słowa na pamięć od dawna - często zastanawiam się, co nie pozwala mi żyć pełnią mojego jedynego, najlepszego, jakiego przyszło mi mieć, życia... Wytypowałam kilka problemów, które - wydaje mi się - mam nie tylko ja...
Po pierwsze - lubię czekać na 'jutro', czyli dzień, który nie nadejdzie nigdy... Kiedyś lubiłam odkładać wszystko, dziś, po wielu latach walki z samą sobą - nie mam żadnych zaległości, żyję tak, żeby idąc spać, nie myśleć o żadnych niepozałatwianych sprawach. Już ich nie mam. Dzwonię i piszę od razu. Nie zwlekam z zadaniami w pracy, w domu, na ulicy. Podchodzę do zadań - zadaniowo właśnie. Mają być zrobione. Na filozoficzne przemyślenia i lenistwo - przyjdzie czas. I będzie to czas prawdziwie wolny...
Po drugie - z natury jestem za miła, brnę w toksyczne znajomości, pozwalam się krytykować, komentować, upominać... Tak było do niedawna. Nadal tak jest, w przypadku niektórych, niestety bliskich osób. Ale co raz częściej zdarza mi się uciąć niemiłą rozmowę, skończyć niechcianą wizytę, odmówić czegoś, czego nie chcę, powiedzieć na głoś, że coś mi nie pasuje. Nasza polska, opresyjna forma wychowania nakazuje być miłym i grzecznym, dla wszystkich serdecznym - i dobrze, bądź, ale nigdy nie zapominaj o własnych granicach! Dlaczego Ty masz być miła, jeśli ktoś dla Ciebie nie jest? Miło, ale stanowczo mów 'dość' - czy to do pani na poczcie, czy najbliższej przyjaciółki. One czasem same nie wiedzą, że rujnują Ci dzień... 
Trzecim wewnętrznym wrogiem, z którym się zmagam jest lęk przed zmianami, a co za tym idzie - stopowanie własnego rozwoju. U mnie pojawiło się to dość późno - tym trudniej walczyć z nowo nabytą przywarą ... Zawsze byłam ambitna i hej do przodu, gdy pojawiała się okazja - dwa razy nie myślałam ... dopóki nie pojawił się na świecie Antoś. Od kiedy nie żyję sama dla siebie - bardzo często podejmuję decyzje korzystne dla ogółu - mało korzystne dla mnie. Tak można definiować macierzyństwo - z tej gorszej strony. Z tym ciągle walczę. I póki co - cżęsto przegrywam. A może wygrywam?
A Ty? Co Cię ogranicza? Dlaczego nie żyjesz tak, jak chcesz? Czy jest coś, co sprawia, że wolisz postawić się na drugim planie? Rób to tylko wtedy - gdy sprawa jest naprawdę warta poświęceń - w żadnym innym wypadku, nie rezygnuj dobrowolnie z życia pełnią życia. Jak powie inna polska poetka - niech żyje bal!!!